Dzienniki kubańskie – dzień z życia niedoszłego szpiega.

0


Lotnisko, Cayo Coco

Bycie imperialistycznym szpiegiem na Kubie musi się wiązać z wieloma ciekawymi przygodami. Chociaż tę podróż odbywałem w innym zupełnie celu niż szpiegowanie na rzecz obcych wywiadów, to 4 godziny jakie spędziłem na lotnisku w Cayo Coco, będąc maglowanym przez oficerów służb bezpieczeństwa sprawiły, że poczułem się prawie jak James Bond na wakacjach.





To była moja kolejna wyprawa na Kubę. Najważniejsza. W plecaku miałem obrączki a za kilka dni miałem zerwać ze stanem kawalerskim i poślubić miłość mojego życia. Już sam lot był koszmarem. Dostałem siedzenie przy wyjściu awaryjnym z którego wystawała jakaś dziwna obudowa uniemożliwiająca mi trzymanie lewej nogi w normalnej pozycji. Po prostu projektanci założyli, że być może to miejsce świetnie nada się dla jednonogiego pirata z papugą. Na pokrywie znajdował się napis wielkimi literami ostrzegający, iż nie wolno na niej nic kłaść. Przez godzinę trzymałem się dzielnie, później jednak zacząłem się buntować i beszczelnie wywaliłem tam zmęczone odnóże. Nie minęło 5 minut tego relaksu jak przybiegła stewardessa i zdecydowanym tonem nakazała mi zabrać nogę. Kiedy ją zapytałem co mam zatem z nią zrobić i czy może mi ją przechować w luku bagażowym, prychneła tylko i powtórzyła zakaz. Po kilkunastu minutach spróbowałem jeszcze raz, ale okazała się szybsza. Zdaje się, że miała mnie już na oku. Chcąc więc uniknąć kolejnych konfrontacji, około 9 godzin trzymałem nogę zawieszoną w powietrzu, na kolanie lub w innych kreatywnych pozycjach. Pewnie gdybym się zdrzemnął to nie myślałbym o niewygodach. Niestety. W rzędach tuż za mną i po mojej prawej stronie jechały na wakacje familie brytyjskich robotników. Panowie razem z żonami raczyli się napojami rozweselającymi a ich pociechy darły ryje w niebogłosy. To ciekawe ile różnych dźwięków jest w stanie wydać z siebie dziecko…

W połowie lotu zacząłem żałować, że nie popłynałem kajakiem. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Cayo Coco byłem padnięty. Przede mną jeszcze wielogodzinna podróż do Camaguey a ja już chodziłem na czworakach z niewyspania i niewygody. No nic. Przedarłem się przez tłum zionących różnymi wyziewami angoli i praktycznie wybiegłem z samolotu na rozgrzaną płytę lotniska. Pozostało tylko przejść odprawę graniczną i… witaj Kubo!

Sala odpraw, Cayo Coco

To, że kubańscy oficerowie imigracyjni nie mają poczucia humoru a uśmiech na ich twarzach można spotkać równie często jak śnieg w Varadero, wiedziałem już wcześniej. Nie zaskoczyła mnie więc skupiona i poważna mina „pani z okienka”. Przy każdym stanowisku znajduje się kamera robiąca zdjęcie twarzy, każdej osobie przekraczającej granicę. Chciałem wyjść dobrze więc zrobiłem swoją najlepszą minę. Pani oficer wzięła do ręki mój paszport oraz wizę. Obejrzała je dokładnie, sprawdziła lot którym przyleciałem, spojrzała na mnie dziwnie i przenikliwie a następnie wykonała telefon. Po chwili podeszło do mnie dwóch smutnych oficerów i zaprowadziło mnie z całym moim majdanem do stanowiska wyrywkowego sprawdzania bagażu. Tam dołączyły do nich dwie kolejne, całkiem sympatyczne panie. Kazali mi wywalić wszystko, studiując w tym czasie mój paszport. Podczas gdy panie bawiły sie moimi slipkami i przeglądały opakowania moich prezerwatyw (informacja dla szpiegów: opakowania condomów nie nadają się do ukrycia mikrofilmów), panowie rozpoczęli ze mną wywiad. Udzieliłem już w życiu kilku krótkich wywiadów, ale to był pierwszy „wywiad rzeka”. Musiałem ze szczegółami opowiedzieć kim jestem, skąd się wziałem i czym się zajmuję. Okazało się, że:

– bycie Polakiem mieszkającym w Irlandii,
– podróżującym z irlandzką wizą lotem czarterowym z Manchesteru,
– ze zorganizowaną grupą brytyjskich turystów,
– do Cayo Coco,
– nie posiadając rezerwacji w żadnym hotelu,
– z zamiarem dalszej podróży do Camaguey,

… nie jest najlepszym sposobem na przekroczenie kubańskiej granicy.

Po godzinie rozmowy gdy opowiedzialem juz cały swój życiorys i zaczynałem zahaczać już o szkołę średnią, panowie zaprosili mnie do pokoiku na rewizję osobistą. O tyle o ile do tej pory byłem opanowany to wizja tego co mnie może czekać za tymi drzwiami zmroziła mnie na wskroś. Czekałem tylko, aż któryś z nich zacznie wyciągać gumowe rękawiczki, żeby pokazać czego nauczyłem się w liceum na zajęciach karate. Na szczęście panowie albo zobaczyli moja determinację albo doszli do wniosku że to będzie wątpliwa przyjemność dla nas wszystkich, w każdym razie skończyło się na opróżnieniu wszystkich kieszeni, wytrzepaniu spodni i zdjęciu butów. Przez kolejną dłuższą chwilę powtarzaliśmy i wałkowaliśmy elementy mojego życiorysu, aż na horyzoncie pojawił się pan z pieskiem, którego zadaniem było obwąchanie moich bagaży. Zamurowało mnie. W tym momencie przed oczami przeleciał mi film o tym jak to przemytnicy wkładają narkotyki do bagażu niczego nie świadomego „muła”, który w przypadku wykrycia trafia na resztę życia do egzotycznego więzienia. Piesek na szczęście niczego nie znalazł, pomerdał ogonkiem w zamian za co został pogłaskany przez swojego Pana. Ja sam miałem ochotę go uściskać, wyczułem jednak, że nie podzieliłby mojego entuzjazmu.

Po odejściu „Szarika” nastała patowa sytuacja. Z jednej strony nie chcieli mnie przepuścić bo wydawałem im się zbyt podejrzany, a z drugiej nie mieli na mnie żadnego haka. Dwaj oficerowie, którym opowiedziałem już prawie całe swoje życie, przekazali mnie w ręce pań, które wciąż (już bez entuzjazmu) grzebały w moich rzeczach. Padły krótkie instrukcje i tamci odeszli. Panie straciły zainteresowanie moimi klamotami i cała litania pytań rozpoczęła się na nowo. Znowu musiałem opowiedzieć wszystko o sobie włącznie z najdrobniejszymi szczegółami mojego zawodu. Jako, że kwestie techniczne związane z procesem produkcji elementów high-tech, były zbyt zagmatwane, zmuszony byłem do wykonania rysunku technicznego wraz z detalami opisującego szczegóły wykonywanej przeze mnie pracy.

Co jakiś czas pojawiał się jeden z oficerów i rozmawiał z nimi na mój temat. Pewnie był ciekaw czy zostałem już zdemaskowany :) Nie wiem ile trwałoby to wszystko, gdyby nie okazało się że mam przy sobie coś co wyrwało mnie z opresji. Podczas przeszukania nikt nie dostrzegł niepozornej kieszonki w której miałem dokumenty potrzebne do zawarcia ślubu. Wyciągnąłem je, po raz kolejny tłumacząc motywy mojego przyjazdu. Na widok urzędowych papierów ostemplowanych pieczątkami kubańskiej ambasady, jedna z Pań z wyrazem triumfu na twarzy poleciała do swojego przełożonego. Jak widać kubańczycy kochają papiery, a im więcej jest na nich pieczątek tym większy wzbudzają respekt. Kilka standardowych świstków okazało się być moim „listem żelaznym” i po chwili byłem wolny.

Lotnisko, Cayo CocoTo, że byłem wolny nie oznacza wcale, że mogłem sobie iść. Pojawił się dość poważny problem. Trzy dni mojej mozolnej walki z upakowaniem wszystkiego do plecaka podczas których dokonywałem cudów zręczności logistycznej, diabli wzięli. Zapakowanie wszystkiego spowrotem przypominało próbę schowania słonia do aktówki. Jak miałem wsadzić tę wielką kupę gratów na oko 3 razy większą niż mój plecak, na szybko, w tak polowych warunkach? Rozpoczęła się nierówna walka w której na szczęście ofiarnie pomagały mi panie officer. Po kilkunastu minutach udeptywania moich rzeczy, mogłem opuścić lotnisko.

Kiedy wyszedlem na zewnatrz uderzyła mnie fala gorącego powietrza i poczulem dziwny dreszcz, który sprawił, że poczułem, iż to dopiero początek moich przygód.

Okazało się, że wcale się nie myliłem….

Cdn..

PS. Jeśli czyta to jakiś szpieg to sugeruję aby w formie stroju maskującego, zabrać ze sobą na Kubę: żonę, teściową i ze dwa rozwydrzone bachory. ;)

El Comandante

Tags: