Hawana i kropka

2


Hawana

Lot przez Amsterdam. Na lotnisku znajdujemy miejsce do poleżakowania – łóżko-fotele, dla chętnych również kocyki, stanowczo warto, szczególnie przed / po dziesięciogodzinnym locie; poza tym takiego poziomu usług potem ze świecą szukać ;)

Lotnisko w Hawanie: małe, robi podobne wrażenie jak warszawskie Okęcie w swoim czasie (wyłączając fakt, że każdy ląduje w archiwach kubańskich w postaci foto), kantor w holu koło wyjścia (lokalna waluta przyda się choćby na taksówkę do miasta, nasza próba płacenia w euro skończyła się pozytywnie, ale po dłuuugiej dyskusji , tak dla sportu…), do kantoru gigantyczna kolejka. Zanim zdążę się w tej kolejce ustawić przykleja się do mnie europejsko wyglądająca dziewczyna – opowiada po angielsku historyjkę o tym, że ma na zbyciu trochę peso convertible, których podobno nie wydała w czasie wakacji, a za chwilkę ma samolot do domu (a convertible znaczy convertible tylko na Kubie…), jest dość natarczywa, w końcu udaje mi się jej pozbyć aby na spokojnie zapoznać się z kantorowymi kursami wymiany różnych walut. Wychodzi nam, iż dolary kanadyjskie są stanowczo najbardziej opłacalne – przy samym okienku jednak dowiadujemy się, że wywieszone kursy zawierają element „czary-mary”, tzn. dla jednej waluty korzystając z kantorowej tabelki wykonuje się operację mnożenia (euro), dla innej waluty dzielenia (dolary kanadyjskie). Nie warto pytać pani w okienku czemu, a gdzie to jest napisane, skąd mamy wiedzieć jak jest dla innych walut, dla pani jest oczywiste, że tu pomnożymy, a tu podzielimy, zawsze tak było… Generalnie nie ma większej różnicy między euro a dolarami kanadyjskimi, dolar wyjdzie nieco gorzej (mimo. że z kursu to nie wynika) bo jest jakaś „kara” procentowa za posługiwanie się „złą” walutą ;) Teraz czujemy się naprawdę na Kubie, już nie na Okęciu…

Stara Hawana

W Hawanie zatrzymać się mamy w jednej z casas particulares (lokum zamówione przez Internet). Podajemy adres taksówkarzowi, wszystko gra, jedziemy nowym Peugeotem: pustkowie, przedmieścia, w końcu miasto. Już w samej Hawanie taksówkarz kilka razy przystaje pytając o drogę. Przyjechałyśmy wieczorem, w międzyczasie robi się kompletnie czarno, w mieście prawie nie ma oświetlenia, gdzieniegdzie tylko tlą się jakieś żółte lampki, straszno… W końcu słyszymy od taksówkarza „jesteśmy – to tutaj”, w mgnieniu oka nasze walizki lądują na bruku (błędem było zapłacenie jeszcze w taksówce). Krzyczę do taksówkarza, żeby chwilkę poczekał, żebyśmy zdążyły sprawdzić czy to na pewno nasze miejsce, okolica po ciemku wygląda mało zachęcająco… nawet taksówkarz wydawał się zdziwiony, że to tu… Dzwonek, chwila niepewności i otwierają się drzwi domu, widać porządnie utrzymane kolonialne wnętrze, oświetlone, chyba jest w porządku, a taksówkarza już dawno nie ma… Rano okazuje się, iż jesteśmy dość blisko centrum, na klimatycznej uliczce, jakkolwiek mało turystycznej…

Hawańska ulica

Hawana historycznie jest pięknym miastem, nadal pięknym, ale gasnącym – poza ścisłym-ścisłym centrum, które jest mocno remontowane, architektonicznie reszta żyje własnym upadającym życiem. Stylowa zabudowa nadal cieszy oko, ale stan zniszczeń zasmuca i zmusza do myślenia co będzie za lat dziesięć, dwadzieścia… Moim zdaniem już w tej chwili polski nadzór budowlany wysiedliłby pół miasta wywieszając wszędzie karteczki „grozi zawaleniem”. Uwaga zatem na różne stare schody przy zaglądaniu do klatek schodowych (uwaga też bo tubylcy raczej się temu dziwią, zbiega się nagle pół kamienicy – turyści jednak powinni zachowywać się jak turyści…). Stan utrzymania budynków dobrze widać na przykładzie flagowego Capitolu (miał być lepszym, większym Washington DC) – leżymy sobie pod nim w lekkim cieniu i nagle: „patrz tam okna zabite są dechami, czy mi się wydaje?” – zatem kopia Washington DC niezła, ale nie idealna ;)

Hawański Capitol

Ogólnie miasto tętni życiem, kubańskim życiem, miejscowi są bardzo kolorowi, wyraźnie lubią ostrzejsze kolory niż Polacy, spędzają dużo czasu na ulicy, siedząc i patrząc, bądź w swoim tempie wykonując zaplanowane, czy niezaplanowane, zadania. Może być to dłubanie w oku bądź reperowanie pięknego starego amerykańskiego auta – po uliczkach jeździ sporo różnej maści pojazdów: amerykańskie starodawne cuda, polskie Maluchy, Lady, cuda rowerowe, itp. Pojazdy mieszają się z ludźmi, sprytnie mijają, jest to fajne, szybko wchodzi w krew, ciężko się potem przestawić na zwykłe miejskie funkcjonowanie w „porządnej” Polsce, jakieś pasy i takie tam… Stanowczo polecam starą i tę trochę nowszą Hawanę (nie najnowszą, z wypas-hotelami dla turystów), ale tą w oddaleniu od odrestaurowanego centrum (wystarczy niewielkim).

Kubański sklepik

W Hawanie generalnie dość łatwo znaleźć sklep, który jest relatywnie dobrze zaopatrzony, ceny niekoniecznie będą konkurencyjne, za trochę węglowodanów w postaci batonika czy Coli można zapłacić całkiem sporo. Z drugiej strony rzucają się w oczy sklepy kartkowe: albo nic w nich nie ma (poza sprzedawcą i na przykład dotrzymującym mu towarzystwa kumplem), albo właśnie jest kłębowisko ludzi, gdyż dowieziono jakiś towar – typu ryż na kartki odważany na starodawnej wadze… Czasem poza panem sprzedającym widać panią, która sobie z boczku przebiera groch… a czas płynie… A na zapleczu, drzwiach, gdzie wyjdzie, wisi jakaś bardziej czy mniej porządna (zwykle mniej) kartka z napisem „Viva Fidel, viva Raul” czy portretem Che. Aha, chleb (a właściwie bułeczki) w sklepach pojawiają się regularnie i regularnie są serwowane na śniadanie w naszym domu – najpierw zaczynają się nam nudzić, ale na następnym etapie podróży uświadamiamy sobie, że trzeba było je doceniać… Ogólnie śniadania niezależnie od miejsca są plus minus takie same: owoce (od których pewnego pięknego dnia mój żołądek się nieźle skręcił), sok z owoców, pieczywo, miód, dżem, jajka (rarytas), w pewnym momencie coś w człowieku krzyczy „kiełbasy i sera!” – to jest ten moment kiedy na śniadanie zaczynam przynosić przywieziony z Polski prowiant – kabanosy lub topiony serek (co wzbudza duże zainteresowanie stołujących się z nami Niemców – „gdzie to kupiłyście?!”). W razie czego generalnie w Hawanie są wszelkiej maści sklepy, choć ta maść nie zachęca do jakiś większych zakupów.

Niewątpliwą atrakcją jest też dworzec autobusowy (patrząc na niego z perspektywy czasu). Jedyny jaki poznałyśmy to ten lepszy, bo przeznaczony dla turystów. Wolę nie zastanawiać się zatem jak zorganizowany jest ten „normalny”. Z dworcami wszystko wydaje się proste: człowiek przychodzi na dworzec, kupuje bilet (w okresie turystycznym z małym wyprzedzeniem, bo tak doradzał książkowy przewodnik), w odpowiednim momencie człowiek wsiada w autobus i jedzie gdzie miał jechać. Proste – ale najpierw trzeba zdobyć bilety… Są dwa okienka – coś typu informacja i coś typu kasa, zatem idzie się najpierw do informacji gdzie człowiek od pani w okienku, która gada po migo-hiszpańsku (bo to przecież dworzec dla turystów więc taką obrotną dali), dowiaduje się, że wszystkie bilety wyprzedane, na wszystkie dziesięć podawanych terminów nawet na dwa tygodnie do przodu. Jakaś intuicja każe mi ponawiać i ponawiać pytania o terminy, pisać pani daty na kartce, pisać nazwy miast na tejże kartce, rysować między nimi strzałeczki, i tak przez 20 minut i w końcu pani postanawia uwierzyć, iż naprawdę chcemy użyć autobusu linii Viazul i nagle krok po kroku połączenia się znajdują, zostajemy wpisane na jakieś listy i mamy iść zapłacić do okienka obok. Tam znajdujemy panią wyspecjalizowaną w zręcznym uderzaniu w guziki starodawnej kasy (normalnie na korbkę), z której wyskakują białe karteczki (zdaje się niezależnie od kombinacji guzików), które następnie trzeba ostemplować (pani ma dwa etaty, uff, uff) i ręcznie wpisać kto, gdzie, kiedy jedzie (pani ma chyba też trzeci etat wieczorami – lekarz – charakter pisma by na to wskazywał). Z bilecikiem wraca się do pani z informacji, która ma też drugi etat – farmaceuta – i doskonale umie wyczytać z tych karteczek to, co musi dopisać do swoich list, tak żeby nasze bilety się uprawomocniły. I tak po prawie godzinie mamy bilety na autobus. Z radości postanawiam udać się do toalety dworcowej – po wrzuceniu na talerzyk jakiejś gotóweczki pani wydziela mi papier i zapraszającym ruchem ręki wskazuje na toalety. Korzystam, trochę wyprowadza mnie z równowagi fakt, iż woda się nie spuszcza, cóż jednak począć, zostawiam jak jest, wychodzę. Okazuje się, iż nie doceniłam organizacji dworca – zaraz druga pani wyskakuje z wiaderkiem i woda spuszczona. Miło i czysto, a bezrobocia nie ma…

Dorota Stomma

Więcej świetnych zdjęć autorki z Kuby: galeria

Tags:  ,