Socialismo o pesos convertibles

5


Kuba to kraj jak żaden inny. To tylko uzasadnia kosmiczne ceny w tym kraju – w końcu za prawdziwą podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, trzeba słono zapłacić.

PODRÓŻ NA KUBĘ, CZYLI AIR FRANCE

Już sama podróż na Kubę to prawdziwa przygoda. Lecimy Air Francem przez Paryż. Lotnisko de Gaulle’a to metafora samego Paryża – bałagan, brud, dezorientacja i mieszkanka kultur. Jemy kaleczącą podniebienie bagietkę w jakimś podłym barze – gdzie ta elegancja i flair stolicy mody?… Może gdzieś poza lotniskiem. Lot z Paryża do Hawany to prawdziwa orgia turbulencji. Wytrzęsło nas w górę, w dół, w lewo i w prawo. Obok nas para młodych Rumunów nawiązywała bliski kontakt z torebkami papierowymi – nadmiar alkoholu nie był jednak dobrym pomysłem na przetrwanie długiego lotu. Ratują nas książki i/lub czasopisma, bo na ekranie film o nieszczęśliwym związku okraszony suto seksem (wszystkie dzieci patrzą uważnie – przynajmniej z nimi nie ma kłopotu), o związku homoseksualnym w czasach Trzeciej Rzeszy oraz – adekwatnie do kierunku podróży – film przyrodniczy o białych niedźwiedziach. Po dziesięciu godzinach prawdziwej męczarni, w czasie której stewardessy niezwykle skutecznie ukryły się przed namolnymi pasażerami zostawiając napoje w stworzonym na szybko barku do samoobsługi, samolot zdrowo łupnął w nieco przykrótki pas startowy na lotnisku w Hawanie.

Wchodzimy na terminal: pierwsze wrażenie jest zupełnie inne niż w naszych wyobrażeniach. Zupełna neutralność polityczna – żadnego uśmiechniętego Fidela czy Raula, ciemność (towarzyszyć nam ona będzie wszędzie na Kubie – tam nie marnuje się prądu na oświetlanie ulic, zwłaszcza w mniejszych miastach) oraz zapach smaru. Pierwszy akcent komiczny – dumny napis VIP Lounge na zapyziałym okienku służb granicznych; my stajemy przy okienku nie dla VIP-ów, równie obskurnym, i grzecznie odstajemy 2-godzinną kolejkę. Nie wiadomo właściwie, dlaczego pięcioosobowe kolejki załatwiane są przez tyle czasu: to po prostu nasz pierwszy kontakt z kubańską mañaną, która towarzyszyć będzie nam niezmiennie przez cały wyjazd.

Odbieranie bagaży na lotnisku w Hawanie wymaga innej techniki niż ta znana z portów europejskich. Nie ma co liczyć, że postoi się przy taśmie i bagaż po prostu nadjedzie. Taśmy są krótkie, więc pracownicy lotniska ściągają walizki i rozrzucają je po całej hali – należy więc spokojnie przeczesać wzrokiem wszystkie złoża bagaży i odnaleźć swoje.

KUBAŃSKI STYL SPRZEDAŻY, CZYLI MANANA TOTAL

Kubański styl sprzedaży jest niejako antytezą stylu arabskiego. Chodzi o to, żeby NIE SPRZEDAĆ, bo to w sumie kłopot. Generalnie w ogóle niedobrze, jeśli coś trzeba zrobić dziś albo już, bo to niezgodne z filozofią mañana. Jednocześnie klienta się na Kubie nie olewa. Sprzedawca cały czas się krząta i coś robi – tyle, że z jakichś powodów nie zbliża to nas wcale do sfinalizowania transakcji. Na przykład branie kwitka na ręcznik kąpielowy w recepcji. Jedna z recepcjonistek zaczyna załatwiać sprawę i pisać kwitek; niestety musi przerwać, bo druga chce coś zapisać, szuka długopisu i bierze długopis od tej pierwszej. Pierwsza więc zaczyna czegoś szukać w bazie gości w komputerze – klika, wyświetla okienka, coś odznacza. Potem odzyskuje długopis, ale w międzyczasie drugą ręką zaczyna wciskać różne numerki na telefonie, więc nie może pisać. Całość trwa dobre 15 minut. Nie należy liczyć, że cokolwiek potrwa tu krócej… No chyba że podanie drinka – za napiwek w „Mojito all inclusive” można nawet dostać trochę rumu.

W innym hotelu postanowiłam nabyć wisiorek z podobizną dumnego Che. Znajdował się on w zamkniętej gablotce ze szkła. Problem był więc duży i nazywał się klucz. Jedna ze sprzedawczyń – ta, której wydawało się, że mówi po angielsku – stwierdziła, że no problem. Od razu włączyła się druga – której nawet nie wydawało się, że mówi po angielsku i ograniczyła się do hiszpańskiego – mówiąc, że klucza nie ma i rozkładając ręce. Obie zniknęły w kanciapie na dobre 10 minut. Wróciły z pękiem kluczy i powoli testowały, który pasuje. Strategia niezła, w czasie czekania wypatrzyłam drugi wisiorek. Udało się, witrynka otwarta! Sprzedawczyni wyłożyła powoli – po jednym – wszystkie wisiorki z witrynki, ja od razu wzięłam te wypatrzone i wyjęłam portmonetkę. Sprawa wydawał się prosta – jeden wisiorek kosztował 3 peso, drugi zaś 2,5, więc zaczęłam odliczać kwotę. W tym czasie sprzedawczyni grzebała w szufladzie, w końcu wyjęła z niej kalkulator i – myląc się tylko raz – wbiła skrupulatnie 3 + 2,5 = …. No cóż, wisiorek z Che będzie już dla mnie zawsze symbolem cierpliwości.

KUBAŃSKIE ZABYTKI, CZYLI CATEPILAR CHE

Hawana, Trynidad, Cienfuegos…

Ciekawostki o tych miastach – z których każde ma zupełnie inny flair – można przeczytać w wielu przewodnikach i na różnych stronach internetowych. Hawana czaruje magicznym Maleconem i Capitolio, Trynidad zachwyca kolorowymi budynkami i Canchancharą – pysznym napojem z miodu, cytryny i rumu, Cienfuegos uwodzi urokiem dziewiętnastowiecznych kamienic. W Hawanie insider tipem jest piękny cmentarz Krzysztofa Kolumba (nie mający z nim chyba raczej nic wspólnego prócz nazwy) – ponoć jedna z większych nekropolii w obu Amerykach: do tych rzeźb najlepszym podkładem muzycznym byłby chyba Nightwish.

Ale są też na Kubie zabytki szczególne. Pierwszy to gigantyczne malowidło Mural de la Prehistoria, które znajduje się w Valle de Viñales i gromadzi – z niezrozumiałych przyczyn – tłumy gapiów. Nie jest to wbrew pozorom żaden naskalny rysunek zrobiony przez zmyślnych neandertalczyków, lecz… 120-metrowy bohomaz wykonany w latach 60-tych XX wieku na zlecenie Fidela Castro (i od tego czasu kilka razy „restaurowany”). W zasadzie w wielu krajach uchodziłby za akt wandalizmu i gwałt na pięknych ostańcach mogotes. Ale na Kubie to zabytek.

Drugie kuriozum to pomnik upamiętniający wkład Che w kubańską rewolucję: wykolejenie rządowego pociągu pancernego w Santa Clara, co utorowało oddziałom Fidela marsz na Hawanę w 1958 roku. Wagony stoją, a jakże, niczego sobie – a zaraz na postumencie ciągnik, którym Che ów pociąg wykoleił. A że oryginał się nie zachował, więc postawiono JAKIKOLWIEK ciągnik – model, którego produkcję rozpoczęto już ponoć po śmierci Comandante.

SOCJALIZM ALBO ŚMIERĆ I INNE HASŁA, CZYLI FIDEL OBEJMUJE CHAVEZA

Kubańskie slogany – obecne na plakatach, murach, bramach, w witrynach i na elewacjach, a nagromadzone szczególnie w Zatoce Świń – mówią same za siebie…

KUBAŃSKIE PAMIĄTKI, CZYLI SAMOCHÓD Z PUSZKI PO FANCIE

Z Kuby można przywieźć duuużo pamiątek. Nie mówię to o oczywistych: wykwintny rum Legendario, Cohiby (w fabryce tych cygar jest nawet specjalne stanowisko, na którym pracownik dobiera kolorystycznie egzemplarze do poszczególnych pudełek), kawa. Prawdziwy zachwyt wywołały we mnie cuda robione głównie z lokalnych gatunków drewna: fikuśne pudełeczka, modele samochodów, sztućce do sałatki, krokodylki, baletnice, głowa Indianina… Dopracowane, wypolerowane, z pięknym kontrastem od kremowego drzewa sandałowego po czarny heban.

Koszulki z Che – oraz wszystko inne z Che – to może prezent banalny, ale bardzo kubański. Podobnie jak „autorskie” płyty z muzyką sprzedawane tam przez WSZYSTKIE dosłownie kapele – nawet składające się z trzech 70-latków i występujące w przydrożnym barze. „Chan chan” mamy chyba w pięćdziesięciu wersjach J

Coraz więcej fanów zyskuje też nowocześniejsze kubańskie rękodzieło. Są na przykład torebki damskie ze sznurka z wplecionymi niczym łuski „wihajstrami” (zawleczkami?) do otwierania puszek z colą (występującą tu nota bene jako tuKola, a nie Coca Cola). Są też samochodziki z misternie powyginanych puszek po fancie. Idealne zdobycze dla łowców nietypowych gadżetów.

Pamiątki fajnie się kupuje na straganikach w Trynidadzie i na bazarze przy ul. 17-tej w Varadero, na który można dojechać turystycznym double deckiem z dowolnego hotelu. Nota bene nie był na Kubie ten, który nie czuł nocnego smrodu rafinerii i którego nie pogryzły komary – a te atrakcje w pełnej krasie zapewnia Varadero właśnie.

PRZYRODA, CZYLI PALMA REAL, BAMBUS I KOLIBERKI

Przyroda zachwyciła nas na Kubie najbardziej. Głęboka niebieskość Morza Karaibskiego przełamana antracytowymi skałami, turkus Atlantyku skontrastowany z bielą piasku…

Kolibry trzepoczące żwawo skrzydełkami, dumne palmy Real – będące symbolem Kuby królewskie palmy o pniach przypominających betonowe słupy.

Prawdziwym dziwadłem jest drzewo, którego pień przypomina nogę słonia oraz drzewa z lianami niczym z „Katedry” Bagińskiego. Pachnące orchidee, hibiskusy i inne rajskie kwiaty… Nic tylko chodzić i się zachwycać.

¿Cómo estás?, CZYLI (C)U(R)BAN LEGENDS

Nie jest łatwo żyć w Raullandzie. Co prawda od dwóch lat Kubańczycy mogą posiadać już telefony komórkowe, ale finansowo są one nieosiągalne dla ludzi o średnich zarobkach wynoszących ok. 40 złotych. Jednocześnie ceny dla turystów są kosmiczne – obiad 20 CUC (czyli ok. 20 EUR), piwo 2 CUC… Więcej cen nie podaję, bo niewiele więcej można tam sobie kupić. Ja cały pobyt fantazjowałam o jabłkach.
 

Można też skorzystać z Internetu – z zastrzeżeniem jak wyżej: na godzinkę surfowania Kubańczyk musiałby wydać pół swojej miesięcznej pensji. Samochody też mieć można i nawet widzieliśmy kilka całkiem wypasionych audi i BMW. Dla turystów oczywiście znacznie ciekawsze są „stare Amerykany” – można je znaleźć we wszystkich miastach, a przejażdżka nimi to miła atrakcja: kanapy old style są naprawdę wygodne. Polskie maluchy też nie są na Kubie rzadkością. Według jednej z urban legend właśnie fiata 126p miał dostać w nagrodę za swój innowacyjny pomysł wynalazca tak zwanych camelos – jedynych w swoim rodzaju środków transportu publicznego, coraz zresztą rzadszych na Kubie. Ludzie podobno oburzali się, że dostał tak wspaniały prezent.
 

A propos aut. Ciekawostką jest to, że na Kubie występują różne kolory tablic rejestracyjnych – w zależności od tego, kto jest właścicielem pojazdu. Samochody państwowe mają tablice w kolorze niebieskim, prywatne – żółtym, turystyczne i z wypożyczalni – czerwonym, wojsko i tego typu formacje – zielonym, dyplomatyczne – czarnym, ministerialne – białym, a będące własnością cudzoziemców na kontraktach – pomarańczowym.
 

Na kubańskie jedzenie spuśćmy zasłonę milczenia. Najwyraźniej z przydziału wieprzowiny dla turystów żywi się całe miasto, bo dla nas zostawało coś na kształt zmielonych kości (aż strach pomyśleć, co dają w hotelach trzygwiazdkowych). Do tego raz ryż z fasolą, a raz fasola z ryżem. Dla urozmaicenia bataty – ugotowane smakują nieźle, usmażone w głębokim tłuszczu (to tutaj standard dla batatów, ziemniaków, mięsa i warzyw) – nie do końca. Owoce morza o mocnym smaku – powiedzmy – morza. A na deser dla osłody plasterek ananasa.
 

Cóż – urlop super (zwłaszcza wyprawa katamaranem na Cayo Blanco i rewia Le Parisien w Hotelu Nacional de Cuba Hawanie), ale o obywatelstwo dalekiej pięknej wyspy ubiegać się nie będziemy – zresztą w całej historii tego kraju dostały je jedynie 2 osoby (w tym Che, który się go potem zrzekł), więc szanse raczej marne.

Generalnie Kubańczycy robią wiele, by pozyskać kilka pesos od turystów – najchętniej pozują do zdjęć. Natomiast rada, by zabrać ze sobą długopisy, mydełka i zabawki do rozdawania dzieciom, która pojawia się na wielu forach dyskusyjnych, jest dość kontrowersyjna – moje tanie plastikowe długopisy mało nie wywołały lokalnych zamieszek. 
 
POWRÓT Z KUBY, CZYLI ZNÓW AIR FRANCE
 

Powrót z Kuby dostarczył nam jeszcze więcej emocji niż lot na gorącą wyspę. W wyniku problemów komunikacyjnych wśród pracowników biura podróży pomylono godzinę naszego wylotu. Autokar przyjechał pod hotel o 14.15, potem jeszcze pod kolejny hotel, potem przewodnik zapewnił nas, że do odlotu o 20.30 mamy jeszcze dużo czasu. A my spokojnie uświadomiliśmy przewodnika, że nasz wylot jest o 17.25. Przewodnik zbladł, my też. 120 km do Hawany kubańską autostradą, po której chodzą piesi, jeżdżą rowery i snuje się rogacizna. Całą drogę przebyliśmy jadąc środkiem drogi pełnym gazem i ostrzegając trąbieniem innych uczestników ruchu. Krowy były tego dnia łaskawe i tylko dwa razy przerwały naszą podróż. Słynna kubańska mañana – może trochę uciążliwa w czasie pobytu – tym razem uratowała nas przed pozostaniem w mieście utraconym. W końcu co to za problem trochę opóźnić lot jumbo jeta…

Joanna Łukasiewicz